Wolontariat może być wspaniałą przygodą, podczas której zdobywamy nowe umiejętności i wiedzę. Jest to też okazja, by spełniać się w tym, w czym jesteśmy dobrzy i dzielić się tym z innymi. O jej doświadczeniach i zainteresowaniach rozmawiamy z wolontariuszką Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Julia Sarzyńską.


Zdjęcie portretowe wolontariuszki, ubranej w żółtą kurtkę, żółtą czapkę i szalik, w tle ogród


Opowiedz mi proszę coś o sobie.

Julia Sarzyńska: Nazywam się Julia Sarzyńska, studiuję Sztuki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim. Jest to wspaniały kierunek, artystyczno-społeczny i bardzo praktyczny. Od niego zaczęła się moja ścieżka i przygoda z wolontariatem. Wcześniej studiowałam Filologię polską w Poznaniu, aczkolwiek jestem z Warszawy. Później rozpoczęłam studia na wspomnianym kierunku Sztuki społeczne i zdecydowałam się na powrót do stolicy. Pracuję w Warszawskim Obserwatorium Kultury, gdzie aktualnie realizujemy projekt związany z edukacją kulturalną. Monitoruję i obserwuję to, co się dzieje w instytucjach i organizacjach, jeśli chodzi o edukację i kulturę, a jednocześnie sama też w pewien sposób je tworzę.

Co Cię przyciągnęło do wolontariatu Muzeum Sztuki Nowoczesnej?

J.S.: To, że mają ciekawe wystawy i program, który jest bardzo wartościowy i skierowany do wielu grup. Muzeum się nie zamyka, tylko otwiera na potrzeby innych. Zawsze były mi bliskie działania Muzeum Sztuki Nowoczesnej i wartości, którymi Muzeum się kieruje. Z tego powodu bardzo chciałam pójść właśnie tam.

Jakie były Twoje pierwsze zadania jako wolontariuszki?

J.S.: Muzeum ma taką letnią weekendową akcję, że za rysunek można otrzymać lemoniadę. Odbywa się to przy odwróconym Domku Herbacianym w Parku Rzeźby na Bródnie. I to właśnie była pierwsza informacja, którą dostałam po zgłoszeniu się - że mogę przychodzić i wspierać osoby, które działają artystycznie w tym miejscu. Od tego się zaczęło. Byłam tam tak naprawdę przez całe wakacje, w każdą sobotę i niedzielę od godziny 12:00 do 15:00.

Czy wcześniej miałaś jakieś szkolenie lub indywidualne przygotowanie do zadań?

J. S.: Na samym początku obserwowałam zajęcia przeznaczone dla grupy licealistów, którzy wygrali konkurs pt.: “100 niemożliwych dzieł”. Wygrana obejmowała oprowadzanie po Parku Rzeźby na Bródnie, ćwiczenia oraz warsztaty. Po tym wprowadzeniu uczestniczyłam w sobotniej akcji „Lemoniada za rysunek”, podczas którego Marta Przybył pokazała mi, jak to wszystko się odbywa. Po pierwszym dniu zostałam poproszona o to, abym następnego dnia przyszła już sama. To było naprawdę miłe, że dostałam od początku takie zaufanie.

Brzmi fantastycznie!

J.S.: Prawda? To w ogóle jest świetna forma wolontariatu! Przebywa się na świeżym powietrzu w towarzystwie zwierząt i roślin, co w okresie wakacyjnym jest bardzo przyjemne. Poznałam Park Bródnowski, w którym nigdy wcześniej nie byłam. A po spędzeniu tam całych wakacji teraz jest najbliższym mi parkiem spośród wszystkich parków warszawskich.

Co jeszcze się działo w Parku?

J.S.: Były tam warsztaty, głównie dla dzieci, prowadzone przez artystki i artystów. Czy to z szycia, tworzenia zinów, czy kolaży. A my jako wolontariuszki otwierałyśmy Domek i pomagałyśmy przy warsztatach. Przychodziły do nas dzieci, z którymi razem rysowałyśmy i lepiłyśmy z plasteliny. Potem podchodziły do lady w Domku, pokazując co stworzyły. I za to dostawały lemoniadę. Było naprawdę dużo radości.

Masz jakieś ulubione wspomnienia lub momenty z tego wakacyjnego okresu?

J.S.: O tak. W Domku siedziałyśmy i rysowałyśmy głównie z dziećmi. Ale czasami udało nam się namówić osoby starsze, co było fantastyczne! Najczęściej osoby, które przychodziły bez dzieci, były po prostu ciekawe, co się u nas dzieje. Dużo ludzi nie dowiadywało się o Domku ze strony Muzeum Sztuki Nowoczesnej czy ogłoszeń, tylko przechadzając się po parku zauważało, że domek jest otwarty i chciało tam zajrzeć z czystej ciekawości. Gdy im opowiadałyśmy, co się odbywa w Domku, od razu się wycofywali i mówili: “Nie, nie. To dla dzieci”. Wtedy odpowiadałam, że absolutnie nie tylko dla dzieci. Ja sama cały czas siedzę i rysuję. To było naprawdę miłe, gdy te osoby siadały i tworzyły z nami piękne rzeczy.

Co jeszcze dobrze wspominasz?

J.S.: Były akcje weekendowe, ale czasami też większe wydarzenia, na przykład: piknik wielokulturowy czy ten organizowany przez Urząd Dzielnicy Targówek. To było też super doświadczenie, bo mogłam obserwować, jak wszystko się zmienia. Najpierw zajęcia z rysowania, potem wydarzenia towarzyszące piknikom oraz to, że mogłam dorzucić coś swojego, na przykład warsztaty.

Prowadziłaś własne warsztaty?

J. S.: Tak. Okazało się, że bardzo dużą popularnością cieszą się kolaże. Kiedy zrobiłam zajęcia z elementami wycinania i naklejana podczas pikniku, pojawiło się bardzo dużo chętnych. Potem już w każdy weekend do końca wakacji była możliwość albo rysowania, albo kolażu, albo kolażu i rysowania. I to się sprawdziło. To było naprawdę wspaniałe, że Muzeum nie narzuca konkretnych i sztywnych zadań, tylko daje dużo swobody. Jeśli chcesz przeprowadzić warsztaty, to możesz to zrobić. Dlatego też ja jestem zakochana w MSN-ie - miałam tam bardzo dobry początek, dający nadzieję i pozwalający się rozwijać.

W jakich obszarach czujesz, że się rozwinęłaś?

J. S.: Na pewno nauczyłam się pracy z dużą grupą dzieci, trochę podszkoliłam też swoje rysowanie. No i ten pomysł na tworzenie kolaży pojawił się za sprawą Joli Sikorskiej, która prowadziła warsztaty z kolaży i animacji poklatkowych. Były też wspaniałe zajęcia sensoryczne dla dzieci i młodzieży z Martyną Widawską, w których mogłam wziąć udział - chodziłam ze stetoskopem i słuchałam dźwięków trawy i drzew. To było niesamowite doświadczenie. Nauczyłam się też, jak tworzyć swój szkicownik od zera. Co prawda nie brałam udziału w całych zajęciach, bo musiałam wykonywać swoje obowiązki i opiekować się osobami, które przyszły na “Lemoniadę za rysunek”. Ale naprawdę czułam się jak ryba w wodzie. Bardzo dobrze mi się rozmawia z dziećmi i z młodzieżą. Lubię spędzać z nimi czas, więc poza tym, że rysowałyśmy, mogłam też nawiązać z ludźmi relacje i ich po prostu poznać. Na przykład pewnego razu chłopiec odwiedzający Domek powiedział, że on tutaj będzie przychodził, ale tylko pod warunkiem, że ja tam będę. Dużo dzieci, które przynosiło rysunki, mówiło, że one nie są na wystawę „tylko dla Pani do domu, żeby Pani je sobie powiesiła”. No więc teraz mam i w samochodzie, i w mieszkaniu cały stos rysunków i kolaży. To jest naprawdę kochane.

A kiedy na początku zgłaszałaś się na wolontariat, to mówiłaś, jakie są twoje zainteresowania i że lubisz pracę z dziećmi?

J. S.: Tak. Podczas pierwszej rozmowy w Muzeum powiedziałam, że pracuję z dziećmi. Tylko że zawsze pracowałam bardziej indywidualnie - dawałam korepetycje z języka polskiego i pianina. Zaznaczyłam, że po prostu takie mam preferencje i że to jest grupa, z którą najlepiej się dogaduję. Czuję, że to dlatego, ponieważ mam dziecięce spojrzenie na świat - potrafię cieszyć się małymi rzeczami. Po prostu taka wyobraźnia dziecięca mi gdzieś pozostała.

Biorąc pod uwagę to, o czym mi powiedziałaś, rozumiem, że planujesz pozostać w MSN-ie na dłużej?

J. S.: O tak! Niedawno otrzymałam propozycję pracy od Muzeum związaną z oprowadzaniem grup szkolnych po Parku Bródnowskim w ramach Akcji „Lato w mieście”. Teraz działam w programie Form Podstawowych oraz oprowadzam po nowej wystawie w Muzeum nad Wisłą. Zawsze czułam połączenie z Muzeum Sztuki Nowoczesnej i to nie jest tylko wrażenie, które sprawiają. To jest instytucja, która jest empatyczna, wrażliwa i otwarta na odbiorców, ale dba także o wewnętrzne relacje. Koordynatorki są bardzo wspierające i nikt nie daje Ci odczuć, że dopiero zaczynasz, że jesteś “tylko wolontariuszką”. Po prostu masz szansę na rozwój. Zaczęło się od wolontariatu, a czuję, że zostanę tam na długo.


Rozmowa: Julia Różańska

Zdjęcie przekazane przez rozmówczynię.