Wolontariusze w placówkach opiekuńczo-wychowawczych wspólnie z wychowawcami towarzyszą dzieciom, wspierając ich rozwój. Pracując zwykle z konkretnym dzieckiem ukierunkowują swoje zaangażowanie na budowanie relacji. O doświadczeniach ponad 6-letniej pracy w roli wolontariuszki opowiada Eliza Giędosz-Dymek, wolontariuszka w Zespole do Obsługi Placówek Opiekuńczo-Wychowawczych Nr 3.

Zdjęcie portretowe wolontariuszki na wędrówce w górach wysokich
Jak trafiłaś do placówki opiekuńczo wychowawczej?

Eliza Giędosz-Dymek: Myślałam o tym dużo wcześniej, już 2 lata przed rozpoczęciem wolontariatu, ale wówczas, te 6-7 lat temu, był taki moment osobiście dla mnie trudny, w którym poczułam, że potrzebuję zaangażować się w coś bardzo mocno. Domyślałam się, że wolontariat w placówce będzie angażował emocje, uwagę, trzeba będzie tam zostawić dużo energii. To chyba była też jakaś forma terapii dla mnie. Wcześniej będąc jeszcze na studiach pracowałam w świetlicy socjoterapeutycznej, byłam wychowawczynią na koloniach, miałam dużo do czynienia z dziećmi i młodzieżą. Jest mi to bliskie, stąd wybór takiego wolontariatu. Przez część życia zawodowego pracowałam w poradniach młodzieżowych prowadząc grupy, warsztaty i treningi. Ale pomyślałam, że wolontariat to jest zupełnie inna przygoda, inna opowieść. Kiedy jestem prywatnie, ten kontakt może być inny, nie muszę stosować się do wytycznych czy zasad jeżeli chodzi np. o proces terapeutyczny, wtedy można bardziej swobodnie być z kimś i być może dać więcej od siebie. Wtedy potrzebowałam coś komuś dać, ale bardzo też potrzebowałam coś dostać. Często mówię o energii, o wspólnej radości. To zawsze jest taka ważna rzecz, którą ja tam do dostaję i bardzo czerpię z tego wolontariatu.

Czym zajmujesz się jako wolontariuszka w placówce? Jakie są Twoje zadania?

E.G.-D.: Mój wolontariat jest ukierunkowany na kontakt z konkretną podopieczną. Zadania nie są wyraźnie określone. Można by to ogólnie ująć jako wspieranie rozwoju dziecka, asystowanie mu. W tym mieści się bardzo wiele. To są wspólne zabawy, spacery, rozmowy, czasem jest to pomoc w lekcjach, chociaż rzadko, czasem robienie fryzur, wspólne gotowanie - ostatnio uczyłyśmy się robić naleśniki. To są też wyjścia, często tematyczne - do Centrum Nauki Kopernik, Królewskiego Ogrodu Świateł, do kina, na wystawy, które są związane z tym, czym podopieczna się interesuje.

Czy trzeba przejść konkretną procedurę, aby uzyskać zezwolenie na wyjścia z podopiecznym?

E.G.-D.: W moim przypadku było tak, że po roku dostałam taką możliwość. To była oficjalna zgoda opiekuna prawnego w postaci oświadczenia. Być może pierwszy rok wolontariatu to było zdobywanie zaufania i ugruntowanie swojej pozycji w takim sensie, że stanowię jakiś stały punkt, przychodzę regularnie.

Jak zmieniły się Twoje zadania na przestrzeni tych 6 lat, kiedy pracujesz ze swoją podopieczną?

E.G.-D.: Na pewno inaczej rozmawiamy. Inaczej rozmawiam z 13-latką, inaczej rozmawiałam, kiedy moja podopieczna miała lat 7. Pojawiają się inne problemy, inne obszary, w których moja podopieczna potrzebuje wsparcia albo przynajmniej opowiedzenia tego, co ją dotyka, zmieniają się jej opowieści. Niezmiennie natomiast potrafimy się dalej dobrze bawić. Czasami te zabawy są nawet podobne do tych, które cieszyły parę lat temu. Czasem do nich wracamy sentymentalnie. Zmienia się charakter naszych wspólnych wyjść. Ja już nie jestem animatorką naszych spotkań, teraz tę rolę przyjmuje bardziej moja podopieczna. Sama potrafi powiedzieć na jaki film chciałaby pójść albo że coś ją interesuje i chciałaby to zobaczyć, więcej jest pomysłów z jej strony. Wcześniej to ja szukałam punktów zaczepienia, żeby sprawdzić, jakie są obszary jej zainteresowań. Teraz ona jest przewodniczką w tym świecie. Czasem sygnalizuje, że zawsze chciała coś zrobić, ale nie było okazji, żeby zrobić to z wychowawcą. Ja wtedy mogę odpowiadać na te indywidualne marzenia.

Masz wykształcenie psychologiczne. Jak pomaga Ci ono w pracy wolontariuszki?

E.G.-D.: Łatwiej jest mi zrozumieć pewne zachowania, spojrzeć na nie z boku. Kiedy uruchomię swoje umiejętności psychologiczne, umiejętności analizy, łatwiej mi na przykład nie potraktować osobiście czegoś, co było trudne, co niekoniecznie było intencją podopiecznej, ale mnie mogło sprawić przykrość albo wprawić w zakłopotanie. Jeżeli zatrzymam się w tym na moment, spróbuję wyjść z tej sytuacji i zobaczyć ją z dystansu, co często czynię prowadząc terapię, to wtedy jest mi łatwiej wrócić z innymi emocjami i refleksjami, być dalej z podopieczną w kontakcie i powiedzieć jej o tym jak ja to widzę, co się zdarzyło między nami, jak ja się z tym czuję. Zapytać ją o to samo albo powiedzieć, że wyobrażam sobie, że dla niej to też było trudne. Jest to taka umiejętność, która bywa przydatna, jeżeli się ją umiejętnie przeniesie z gruntu terapeutycznego na grunt takiej prywatnej relacji.

Czy pracując z podopieczną jesteś w stałym kontakcie z wychowawcą/opiekunem dziecka, aby wspólnie wspierać dziecko w rozwoju czy raczej są to niezależne od siebie relacje i formy wsparcia?

E.G.-D.: Jesteśmy w kontakcie i to jest dla mnie bardzo ważne. Czasami nawet proszę o chwilę rozmowy, zdarzało się, że wychowawcy o to prosili. W placówce jest 6 wychowawców. Każde dziecko ma wychowawcę prowadzącego. Jeżeli pojawiają się trudności, to je omawiamy, czasami wychowawcy proszą o radę, czasami ja pytam, jak mam coś rozumieć, bo zauważyłam nowe zachowanie. Z wychowawczynią prowadzącą możemy omawiać głębiej różne kwestie, bo ona ją najbardziej zna. Jestem też w kontakcie z koordynatorką placówki. Rzeczywiście czuję, że mam możliwość rozmowy i zostałam bardzo dobrze przyjęta przez zespół. Większość to są osoby, które znam od tych 6 czy 7 lat.

Czujesz się częścią zespołu?

E.G.-D.: Bardzo. Czuję, że jestem swój, nie obcy. To dla mnie ważne. Gdybym potrzebowała, wsparcia, myślę, że mogłabym do każdego zwrócić się z pytaniem czy z prośbą o pomoc i vice versa. Czasem zdarza się, że wychowawcy mówią o jakiejś swojej bezradności wobec konkretnego zachowania dziecka i wtedy pytają, czy mam jakiś sposób żeby to zmienić, jak ja to widzę. Czuję, że tutaj istnieje taka współpraca.

Czy w Twojej pracy wolontariackiej zdarzają się trudności? Czego one dotyczą? Jak sobie z nimi radzisz? Z jakiego wsparcia mogą skorzystać wolontariusze, którzy doświadczają takich trudności?

E.G.-D.: Mój wolontariat przede wszystkim opiera się na budowaniu relacji z konkretną osobą. Wiadomo, że pojawiają się trudności relacyjne. Czasem mam poczucie, że zostałam źle zrozumiana albo zdarza mi się mieć poczucie winy, że powiedziałam coś, co sprawiło przykrość albo nie odpowiedziałam na jakąś potrzebę, bo uważałam, że tak należy zrobić. To są takie życiowe sytuacje jak w każdej relacji. Staram się wtedy zrobić stop klatkę, na chwilę pobyć ze sobą, zastanowić jakie są moje uczucia w tym momencie, z czego wynikają, co mogę z nimi zrobić, jakie są uczucia mojej podopiecznej, dlaczego się tak zachowała, co ona może zrobić, jak możemy o tym porozmawiać. Potem wciskam play i idziemy dalej. Ja też oprócz tego, że mogę porozmawiać z wychowawcami superwizuję mój wolontariat. Był taki cykl szkoleń dla wolontariuszy w czasie pandemii, który organizowało Stowarzyszenie Q Rozwojowi. Wzięłam wówczas udział w kilku warsztatach i szkoleniach z superwizorką i terapeutką, która się też zajmuje pomaganiem rodzinom adopcyjnym i w pieczy zastępczej. Poprosiłam o wsparcie już po zakończeniu tego projektu i spotykamy się regularnie na takiej indywidualnej superwizji mojego wolontariatu. Podczas superwizji mam ten komfort, że jest to rzeczywiście obiektywne spojrzenie na mnie i na relację, w której jestem z podopieczną, bo superwizorka jest osobą z zewnątrz. Bardzo mi to pomaga i zauważyłam, że przynosi dobre efekty. Ale muszę podkreślić, że zorganizowanie tej superwizji to była moja inicjatywa, również finansowa.

Jesteś wolontariuszką w placówce już od 6 lat. Czy decydując się na wolontariat planowałaś tak długoletnie zaangażowanie?

E.G.-D.: Nie myślałam o tym. Chciałam zacząć i zobaczyć czy się przydam i czy się polubimy z dziećmi. Pierwotnie miałam być w domu dla małych dzieci i pracować z dziećmi w wieku 2-4 lata jako animatorka wolnego czasu. Potem okazało się inaczej. Poproszono mnie o pracę z konkretną podopieczną. Nie myślałam o tym jak długo mogłoby to trwać. Dość szybko nawiązałyśmy relację. I pomyślałam wtedy, że jeżeli mojej podopiecznej to służy, to do jej 18 roku życia będę. Osiemnastka to jest moment, kiedy mniej więcej opuszcza się dom i idzie w dorosły świat. Zrobiłam krok dalej w kierunku zmiany formy wolontariatu w stronę rodziny zaprzyjaźnionej. Jestem świeżo po wszystkich procedurach i dostałam wczoraj informację, że jest decyzja, chyba pozytywna, więc zdaje się, że jestem nawet nie wolontariuszką, tylko rodziną wspierającą rozwój. Ale nie zakładałam niczego, kiedy przyszłam do placówki. A co wpłynęło na to, że zostałam tak długo? Właśnie to, że nawiązała się relacja, pojawiły się emocje i wzajemne przywiązanie. I że wychowawcy mówili dużo o tym, jaki ta dziewczynka ma deficyt, jeśli chodzi o budowanie bezpiecznej, ufnej więzi i jak mogłabym to zmienić, gdybym zdecydowała się być stałą osobą w jej życiu. I potraktowałam to poważnie. Chciałam coś takiego zaoferować.

Co z Twojej perspektywy jest potrzebne do zbudowania z podopiecznym dobrej relacji?

E.G.-D.: Powiedziałabym, że bycie autentycznym, bycie sobą. Kiedy wychodzę poza to, co wypadałoby powiedzieć z pozycji dorosłego, kiedy nie mówię ex cathedra to wtedy to działa. Kiedy jestem na poziomie moich uczuć i emocji, mówię, co naprawdę myślę w danej sytuacji, co było dla mnie trudne, albo z czego się cieszę. Bo przecież jest dużo rzeczy, które cieszą. Kiedy wzmacniam to co jest dobre i staram się robić rzeczy, które uszczęśliwiają tę drugą osobę, to też buduje relacje. Np. kiedy pamiętam jakie lubi żelki, nie trzeba dużo. Kiedy udaje się sprawić coś takiego, że druga osoba czuje się widziana, naprawdę widziana z tym, co myśli i czuje w danym momencie, przyjęta ze wszystkimi emocjami. Staram się nie udawać różnych rzeczy. Jak czasem czegoś mi się nie chce zrobić, albo nie mam na to energii, to mogę o tym powiedzieć. -"Wiesz, to nie dotyczy Ciebie ani nas, tylko dzisiaj nie mam energii na tak długi spacer" - "No dobrze, to obejrzymy film." To są takie proste rzeczy, kiedy też nie zmuszam się do czegoś, co dla mnie byłoby w danym momencie niewygodne. Dla dobra dziecka, bo dziecko to wyczuje. To będzie stracony czas, chociaż zadaniowo coś zrealizuję. W drugą stronę też to działa. Wymyślałam według mnie fantastyczny rzeczy. Na przykład były balony w Warszawie, można było wejść do kosza, podnieść się z pilotem balonu na jakąś wysokość - cudownie, jesteśmy na to umówione. I podopieczna mówi: pójdźmy dziś tylko na plac zabaw. I to też trzeba zrozumieć i przyjąć, a nie forsować swoje pomysły, co nie zawsze jest łatwe.

Jakie jest Twoje najmilsze doświadczenie jako wolontariuszki?

E.G.-D.: Takich wspomnień jest dużo, dotyczą wspólnego śmiechu, wspólnego zaangażowania, czegoś, co się udało albo nie udało. Przypomniała mi się sesja fotograficzna, którą robiła moja koleżanka. To był prezent na komunię dla podopiecznej. Najważniejsze było w tym to, że fotografka przyszła na sesję ze swoim psem, labradorem. Pamiętam tę wspólną radość z bycia na zdjęciach razem z psem, wygłupianie się, tarzanie się w trawie. Bardzo fajnie wspominam tamten czas. A ostatnio to co sprawiło mi ogromną przyjemność to było pytanie, czy w tym roku też pójdziemy na światełka. Bardzo lubię iluminacje świąteczne, lubię wtedy chodzić na starówkę i zawsze proponowałam to mojej podopiecznej, nie do końca wiedząc czy ona też tak to lubi jak ja. I tak sobie pomyślałam w tym roku, że ona ma 13 lat, może już przestanę wyciągać ją na światełka. A ona sama zapytała: "Idziemy w tym roku na światełka?". Ja mówię: "A chcesz?" I ta dziewczynka tak na mnie popatrzyła i powiedziała: "Przecież to jest nasza osobista tradycja". No to jak możemy nie pójść? I ja się tak ucieszyłam i tak mi się zrobiło miło, że ona to już traktuje jako coś naszego.

Zdjęcie wolontariuszki na tle warszawskiej iluminacji świątecznej
Co powiedziałabyś osobom, które zastanawiają się nad zaangażowaniem w wolontariat w placówce opiekuńczo-wychowawczej?

E.G.-D.: To bardzo zależy. Bo nie znam tych osób, które się zastanawiają nad zaangażowaniem w wolontariat, nie wiem jaka jest ich motywacja, w jakim momencie w życiu są w tej chwili, czy mogą sobie pozwolić na takie zaangażowanie. To co mogłabym powiedzieć to to, żeby się dobrze przyjrzeć tej przestrzeni swojej wewnętrznej i zewnętrznej przed podjęciem decyzji. Ale powiedziałabym też, że to jest wspaniała przygoda i w moim przypadku wspólna podróż z drugą osobą.


Rozmowa: Olga Bartosiewicz

Zdjęcia przesłane przez rozmówczynię.